|
|
Bo to co nas podnieca...
...to się nazywa kasa. Możemy ją uzyskiwać na cztery sposoby: 1. Praca na etacie. Mamy zagwarantowaną stałą pensję, ubezpieczenie zrdowotne, emeryturę (wysokości połowy obecnej pensji, ale mniejsza o to). Pracujemy na zapłacenie rachunków, czynszu, jedzenie i na tropikalne wakacje i nowy samochód dla szefa. Nas na to często nie stać - harówka w pracy czasem coprawda umożliwia na na niewielki awans, nie zmienia to znacznie naszego położenia. A podwyżka z reguły pokrywa inflację.
2. Samozatrudnienie lub mała firma. Jesteśmy swoimi szefami. Pracujemy na swoje wakacje i swój samochód. Ale ponieważ im więcej będziemy pracować, tym lepsze będą wakacje, to pracujemy dużo. Ale jadąc na te wakacje nie pracujemy. Nie pracując nie zarabiamy. A nowy samochód kusi. No cóż, po powrocie z wakacji będzie trzeba troche więcej popracować.
3. Duża firma. My jesteśmy szefem. Pracuje na nas sztab ludzi. Oni zarabiają na nasze wakacje i nasz samochód. A na wakacjach? Zatrudnieni specjaliści czuwaja nad nasza firmą. Po powrocie do pracy nie będziemy zmuszeni nic nadrabiać. Co więcej, może się okazać, że firma prosperuje lepiej niż przed wyjazdem na wakacje. Dzięki czemu możemy sobie kupić lepszy samochód.
4. Inwestycje. Nie pracujemy dla nikogo, nikt nie pracuje dla nas. Pracują nam pieniądze. Inwestycje, nieruchomości, akcje. Pieniądze robią pieniądze. My jeździmy na wakacje i kupujemy nowe samochody.
Jak widać najlepszy jest czwarty sposób. niestety, jest on najtrudniej osiągalny. Najlepiej zdobyć do niego pieniądze trzecim sposobem. Trzeci sposób to też kilka opcji:
1. Własny biznes. Potrzebujemy do niego pomysłu i pieniędzy na start. Czasem pomagają dotacje unijne, czasem są to pieniądze pożyczone od wszystkich, których znamy, czasem są to pieniądze okupione życiem przez jakiś czas na poziomie absolutnego minimum. Jeśli biznes wypali to super. Ale statystyki są bezlitosne: 90% firm upada po 2 latach. Z tych co pozostało 90% po kolejnych pięciu. Zostaje jedna na sto. 99% właścicieli firm zostaje z długami i niesprzedanym towarem.
2. Cudzy biznes, czyli tak zwana "franczyzna". Wykupujemy licencję na znaną markę. Jesteśmy właścicielem jednej ze znanym na całym świecie restauracji, lub znanego w całej Polsce marketu. Ale właśnie - wykupujemy a nie dostajemy. A nie są to tanie rzeczy. I jesteśmy przywiązani do firmy. Robimy zakupy w jej hurtowniach. Nasz biznes jakoś nie jest do końca nasz. Jednak mimo to jest większa szansa przetrwania niż we własnym biznesie - bankrutuje "zaledwie" 30% tego typu interesów.
3. Marketing wielopoziomowy. Mamy dobre, często znane na całym świecie produkty. Nie mamy kosztów rozpoczęcia inwestycji (lub mamy bardzo niewielkie). Owszem, na początku pożytek z nas mają głównie osoby w strukturze nad nami. My sprzedajemy produkty znajomym i zarabiamy na marży. Zarabiamy sami na siebie. Potem jednak zapraszamy do współpracy znajomych. Mamy prowizję od ich obrotów. Szybko stajemy się szefem innych. Potem oni zapraszają do współpracy kolejne osoby. Struktura się rozwija i generuje nam dochody. My coprawda musimy jej doglądać, ale możmy robić to w dogodnym dla nas czasie - niekoniecznie od 7 do 14 czy nawet do 21. Czas i energia włożona w nasza pracę procentuje. Krzywa zarobków pnie sie do góry. Tropikalne wakacje funduje nam firma za dobre wyniki. Samochód dostajemy za zdobyty poziom. Musimy szybko wymysleć kolejne marzenia do spełnienia.
Ja wiem, że wiele osób powie o trzecim sposobie budowania biznesu "bzdury", "to się nie uda", "ja się nie nadaję". I ja to szanuję. Potrzebujemy przecież lekarzy, architektów, pracowników fastfoodów i ludzi trzymających strzałki z napisem "Komis GSM".
Ja jednak nie chcę mieć za kilka lat mieć poczucia straconej szansy tak, jak szefowie kilku wydawnictw w Anglii, którzy odmówili J. K. Rowling wydania Harrego Pottera.
Dopisano dnia 2010-02-07 o godzinie 14:02:39 by tarquin
skomentuj (1)
Czasami
Czasami mam tak, że chcę coś napisać. Zastanawiam się jak to ująć. Zdarza się coś innego, ale ja najpierw chcę napisać to pierwsze. Ale nie piszę. I drugiego tym samym też nie. I teraz też tak było. Co prawda wszyscy wiedzieli jaki był tam teoretycznie układ, ale jak czegoś nie widać, to podobno tego tak naprawdę nie ma. I w końcu stwierdziłem, że nie napiszę. A przynajmniej bez szczegółów. Powiem tylko, że jeśli w ciągu jednego miesiąca trafia się drugi facet, który obsypuje mnie komplementami, ale oczekuje ode mnie tylko seksu, bo sam jest w związku, to można się wkurzyć. Podziękowałem, co po kilku piwach nie było wcale łatwe.
A potem znowu się coś zdarzyło, ale ktoś mnie poprosił, żebym o tym nie pisał. Na zasadzie, że "a wiesz, bo on(a) to przeczyta, a ja nie chcę, żeby on(a) wiedział(a)'. Wiem, bez sensu, osoby które wiedzą, że mam bloga powinny uważać na to, co robią ;> Ale już obiecałem.
A tak poza tym to mój tydzień wygląda na zasadzie doktorat, praca | doktorat, praca | doktorat, praca | wykłady, praca | doktorat, praca | praca | praca. Co najmniej dwa razy w miesiącu zamiast "doktorat, praca" jest "praca, praca" a raz zamiast "praca | praca" jest weekend w domu.
A czasami - jak w minionym tygodniu - jest urlop. Dziś sprzątałem i zdążyłem się już na nowo zmęczyć.
Co do Herbalife - schudłem 5 kilogramów w niecałe dwa miesiące. W sumie odkąd używam (końcówka września) schudłem 7 kilogramów. I to w sumie zastępując tylko śniadanie koktajlem - o 14 jem normalny obiad, o 21 normalna kolację. Jeszcze by mi się tak co najmniej 3 kilo mniej przydały.
Dopisano dnia 2010-01-09 o godzinie 21:24:46 by tarquin
skomentuj (1)
Moje życie jest złośliwe.
W okolicach marca dostałem informacje, że jestem zaproszony na ślub do kuzynki do Bielska. Ponieważ mam pod Bielskiem rodzinę, stwierdziłem, że wezmę sobie urlop i zostanę w górach na kilka dni. Dałem znać Ozyrynio, że będę w jej okolicach. Napisałem też o tym znajomej parze na fellow. Znam ich od roku, ale to była taka znajomość na zasadzie wysyłania sobie "miłego weekendu" i "Wesołych Świąt".
W weekend w który odbywał się ślub była piękna pogoda. Ponieważ tata musiał byc w domu dopiero w środę został ze mną. W poniedziałek wjechalismy na Szyndzielnie i zeszliśmy do Szczyrku. We wtorek była gorsza pogoda, ale padać miało dopiero o 20. Była 11, więc stwierdziliśmy, że do 20 wrócimy. Niestety, pogoda utrzymała się tylko do 14 - na Malinowskiej Przełęczy rozpetała się burza. Poiwrót w strugach deszczu do Salmopolu a stamtąd z powrotem pod wyciąg zniechęcił mnie do gór na jakiś czas.
W środe umówiełem się na 11 z Ozyrynio. Posiedzieliśmy na Dniach Kultury Beskidzkiej do 14. Zadzwoniłem do tych znajomych, że jestem wolny. Po chwili przyjechał jeden z nich - Forcid. Kodak był w pracy. Zjedliśmy łososia, wypilismy po malym piwie i Forcid zapytał jakie mam plany. Powiedziałem, że na 18 chciałem przyjechac na Dni Kultury Beskidzkiej. Ponieważ oni też mieli iść, a ja musiałbym sie zbierać na do wyjścia praktycznie zaraz po dotrciu do kuzynki padła propozycja, że jade do nich. Kodak wraca o 18:30 i pojedziemy razem. Pojechałem do nich i gadaliśmy z Forcidem przy kawie. Około 17:30 zapytał:
- Coś się Ciebie zapytam.
- No mów.
- Masz ochotę na seks?
Zaskoczył mnie trochę.
- A o co Ci chodzi?
- Odpowiedz, to Ci wyjaśnię.
- No mam, jak chyba każdy, ale nie mam z kim. Ponieważ domyślałem się celu pytania dodałem - Poza tym mam też ochotę na zjedzenie półtorakilogramowego tortu z bita śmietaną, co nie znaczy, że będzie to dobry pomysł.
- Odpowiadasz na pytania jak Urban jak był rzecznikiem rządu - zaśmiał się.
- Powiedz teraz o co Ci chodzi.
- Nie widziałeś jeszcze na żywo mojego faceta...
- O nie, nie wchodzę w żadne trójkąty.
- Nie przepadamy za trójkątami, ale pozwalamy sobie sypiać z innymi.
- Nie chcę wchodzić w czyjś zwiazek.
- Nie masz się czego bać, ja Kodaka nie zostawię. Jesteśmy razem 10 lat.
- Dziękuje, ale mimo wszystko nie skożystam.
- Ok. Tylko nie myśl sobie, że ja Cię tu zaprosiłem, żeby Cię zaciągnąć do łóżka. Bo jakby tak było to bym ci to od razu zaproponował, a tak to Kodak wraca za pół godziny.
- Są tacy, co im pół godziny wystarcza.
- Żeby pieprzyć się jak króliki? Dziękuję. Ja lubię w łózku jak jest czule i romantycznie.
- Ja też.
Po 18 przyjechał Kodak i pojechaliśmy do Szczyrku, potem odwieźli mnie do kuzynki.
W czwartek spotkałem się rano z Ozyrynio, potem pojechalem do nich. Padła propozycja, żeby pojechac do Wisły. Podczas powrotu w czasie rozmowy Kodak po kilku piwach się przejęzyczył i zamiast powiedzieć, "możesz spać u nas" powiedział "możesz spać z nami". Zażartowalem, że saprasza mnie do trójkąta. Odparł, że trojkątów to on nie lubi, ale jakbym chciał z Forcidem iść do łóżka to nie ma sprawy.
Wieczoram gadałem z koleżanką na gg
- Mam ofertę pójśca do łózka, ale mam opory. Facet mi sie podoba, ale kogoś ma. Tamten nie ma nic przeciwko :)
- Tamten, tzn kto? on czy ta osoba z która on jest?
- Jego facet, ale oni nie robią problemu jak któryś chce sie przespac z innym.
- Idz, potem bedziesz załowac
- Jak pojde tez bede
- Wakacje - pełny luz. w kraku znów bedziesz zapracowany i nie bedziesz myslal o tym. a trzeba dla równowagi psychicznej-raz na jakis czas... wiec jak masz szanse to nie spieprz jej!
Łatwo się mówi, jak się nie jest w takiej sytuacji. Nie ma mowy.
W piątek padła propozycja, żeby jechac do Szczyrku rowerami - Forcid też by sie napił, bo tak to jest kierowcą. Ponieważ nie było by mnie jak potem odwieźć, a ja sam po obcym terenie w nocy po pijanemu jeżdzil nie będę to uzgodniliśmy że spie u nich w duzym pokoju. Wypiliśmy w Szczyrku po trzy piwa, kilka kieliszków mioduli, a nim dojechaliśmy do nich po drodze jeszcze jedną małą miodulę :) Forcid włączył ekspres do kawy i kierując się w strone dużego pokoju celem pościelenia mi łóżka podszedl do mnie i mnie pocalował.
A ponieważ alkohol obniża mój wskaźnik asertywności (i - jak potem powiedziała moja koleżanka - podnosi wskaźnik "a chuj z tym") ja ten pocałunek odwzajemniłem. W dodatku słowa koleżanki o wakacyjnym wyluzowaniu...
Skończyło sie to tak, że to Kodak spał w duzym pokoju a ja z Forcidem w sypialni.
Kurwa mać, że tak powiem. Obrzydliwe. Śpałem z facetem podczas gdy jego facet spał w pokokju obok. Brałem udział w czymś, czego nigdy nie chciałbym w swoim związku doświadczyć - że po kilku latach jedyne co nas łączy to wspólne mieszkanie i żeby ze sobą nie zwariować sypiamy z innymi. Najgorsze w tym wszystkim było to, że było zajebiście.
Rano Kodak wszedł do sypialni i powiedział:
- O, widze po Twojej minie, że wczorajszy wieczór byl udany. Jak będziesz miał wolny weekend to wpadaj do nas.
Najpierw miałem po wszystki kaca moralnego. Potem doła. Że jak się trafi fajny facet, to nie dość że daleko mieszka, to jeszcze ma swoją firmę i się stamtąd nie ruszy, ja nie zrezygnuję z doktoratu, a jeszcze on ma kogoś, kogo nie zostawi.
Wiem, wiedziałem w co się pakuję. On od razu powiedział, że nie może mi nic poza seksem zaoferować. Tak mnie jednak tknęło: czy gdyby on byl bliżej, gdybym ja mógł wyjechać z Krakowa, gdybym mial jakieś podejrzenia, że im się nie układa, co bym zrobił? Próbował bym robić coś, by było z tego coś więcej?
Ponoć nic co sie nam przytrafia nie dzieje sie przypadkowo. To chyba też mnie po coś spotkało. Bo ja znam kogoś, kto był w podobnej sytuacji. Kto zakochał sie w zajętym facecie. I nie dość, że wiedział, że ten drugi ma dokąd pójść, to jeszcze chyba od tego zajętego usłyszal, ze mu sie w związku nie układa.
Kiedyś miałem ochotę zaczaić się na Dawida na dworcu i wepchnąć go pod pociąg. Już nie mam - w pełni go rozumiem. Na jego miejscu zrobiłbym najprawdopodobniej to samo.
Moje życie jest złośliwe - postawiło mnie w takiej sytuacji, przez jakąś ja kiedyś cierpiałem.
Najdziwniejsze, że chyba tylko ja uważam, że postapiłem niewłaściwie. Opowiedziałem tą sytuację koleżankom z pracy. Wszystkie powiedziały zgodnie, że dobrze zrobiłem, że poszedelm z nim do łózka. Że jak mi się podobał a jego facet nie miał nic przeciwko to dlaczego mam nie skorzystać. Co jakiś czas pytaja się kiedy jadę do Bielska.
Na razie mam pozajmowane w pracy weekendy. Niby bym chciał ale... te nadgodziny przydadzą mi się chyba bardziej niż seks.
Dopisano dnia 2009-08-09 o godzinie 19:19:34 by tarquin
skomentuj (8)
Stolica.
Jakiś czas temu, mojej mamie został zaproponowany jakiś zabieg pielęgnacyjny na twarz. Poleciła ją koleżanka, która była wcześniej. Na miejscu okazało się, że jest to zabieg z produktów Herbalife. W trakcie rozmowy wyszło, że moja mama nie pracuje a przydało by sie jej dodatkowe źródło dochodów. Poszła na szkolenie, zakupiła pakiet startowy, doączyła do współpracy przy tych zabiegach.
I postanowiła wciągnąć do współpracy mnie. W niedzielę jest szkolenie w Warszawie, powiedziała, że pakies startowy mi zasponsoruje. Ponieważ i tak miałem być ten weekend w domu zgodziłem się. Tknelo mnie jednak, że tak na dobrą sprawę ja nigdy nie widziałem Warszawy. Coprawda moje pierwsza randka z Emkiem odbyła się na Nowym Świecie, to nie wiem jak na żywo wygląda Syrenka czy Pałac Kultury. I skoro już tam będę, to może udało by się zostać choć na 2 - 3 dni. Coprawda znalezienie noclegu sprawiało trochę problemów, ale w końcu się udało.
I w końcu może uda mi się zobaczyć, jak wygląda nasza stolica.
A co do Herbalife, to dopiero szkolenie. Zobacze jak to wygląda. Rozmaiwałem z koleżanką, która kiedyś się tym zajmowała, mówi, że produkty są naprawdę dobre. Zobaczymy. Może moje trwające od kilku lat odchudzanie sie przyniesie w końcu oczekiwane efekty :)
Dopisano dnia 2009-06-25 o godzinie 23:55:40 by tarquin
skomentuj (5)
Reklama.
Kierowniczka sprawdza nasze recepty. Odkłada z powrotem do szuflady recepty Moniki.
Monika: Sprawdziłaś już moje? Kierowniczka: Sprawdziłam. Monika: I nic źle nie wydałam? Kierownicza: Nie. Zdziwiona? A mnie dziwi że nie masz jeszcze pley fresz.
Śmiałem się z tego piętnaście minut.
Dopisano dnia 2009-06-11 o godzinie 16:56:00 by tarquin
skomentuj (9)
Mały Książe.
- Dzień dobry - powiedział lis. - Dzień dobry - odpowiedział grzecznie Mały Książę i obejrzał się, ale nic nie dostrzegł. - Jestem tutaj - posłyszał głos - pod jabłonią! - Ktoś ty? - spytał Mały Książę. - Jesteś bardzo ładny... - Jestem lisem - odpowiedział lis. - Chodź pobawić się ze mną - zaproponował Mały Książę. - Jestem taki smutny... - Nie mogę bawić się z tobą - odparł lis. - Nie jestem oswojony. - Ach, przepraszam - powiedział Mały Książę. Lecz po namyśle dorzucił: - Co znaczy "oswojony"? (...) - Jest to pojęcie zupełnie zapomniane - powiedział lis. - "Oswoić" znaczy "stworzyć więzy". - Stworzyć więzy? - Oczywiście - powiedział lis. - Teraz jesteś dla mnie tylko małym chłopcem, podobnym do stu tysięcy małych chłopców. Nie potrzebuję ciebie. I ty mnie nie potrzebujesz. Jestem dla ciebie tylko lisem, podobnym do stu tysięcy innych lisów. Lecz jeżeli mnie oswoisz, będziemy się nawzajem potrzebować. Będziesz dla mnie jedyny na świecie. I ja będę dla ciebie jedyny na świecie. (...) Lecz jeślibyś mnie oswoił, moje życie nabrałoby blasku. Z daleka będę rozpoznawał twoje kroki - tak różne od innych. Na dźwięk cudzych kroków chowam się pod ziemię. Twoje kroki wywabią mnie z jamy jak dźwięki muzyki. Spójrz! Widzisz tam łany zboża? Nie jem chleba. Dla mnie zboże jest nieużyteczne. Łany zboża nic mi nie mówią. To smutne! Lecz ty masz złociste włosy. Jeśli mnie oswoisz, to będzie cudownie. Zboże, które jest złociste, będzie mi przypominało ciebie. I będę kochać szum wiatru w zbożu... Lis zamilkł i długo przypatrywał się Małemu Księciu. - Proszę cię... oswój mnie - powiedział. - Bardzo chętnie - odpowiedział Mały Książę - lecz nie mam dużo czasu. Muszę znaleźć przyjaciół i nauczyć się wielu rzeczy. - Poznaje się tylko to, co się oswoi - powiedział lis. - Ludzie mają zbyt mało czasu, aby cokolwiek poznać. Kupują w sklepach rzeczy gotowe. A ponieważ nie ma magazynów z przyjaciółmi, więc ludzie nie mają przyjaciół. Jeśli chcesz mieć przyjaciela, oswój mnie! - A jak się to robi? - spytał Mały Książę. - Trzeba być bardzo cierpliwym. Na początku siądziesz w pewnej odległości ode mnie, ot tak, na trawie. Będę spoglądać na ciebie kątem oka, a ty nic nie powiesz. Mowa jest źródłem nieporozumień. Lecz każdego dnia będziesz mógł siadać trochę bliżej... Następnego dnia Mały Książę przyszedł na oznaczone miejsce. - Lepiej jest przychodzić o tej samej godzinie. Gdy będziesz miał przyjść na przykład o czwartej po południu, już od trzeciej zacznę odczuwać radość. Im bardziej czas będzie posuwać się naprzód, tym będę szczęśliwszy. O czwartej będę podniecony i zaniepokojony: poznam cenę szczęścia! A jeśli przyjdziesz nieoczekiwanie, nie będę mógł się przygotowywać... Potrzebny jest obrządek. (...) W ten sposób Mały Książę oswoił lisa. A gdy godzina rozstania była bliska, lis powiedział: - Ach, będę płakać! - To twoja wina - odpowiedział Mały Książę - nie życzyłem ci nic złego. Sam chciałeś, abym cię oswoił... - Oczywiście - odparł lis. - Ale będziesz płakać? - Oczywiście. - A więc nic nie zyskałeś na oswojeniu? - Zyskałem coś ze względu na kolor zboża - powiedział lis, a później dorzucił: - Idź jeszcze raz zobaczyć róże. Zrozumiesz wtedy, że twoja róża jest jedyna na świecie. Gdy przyjdziesz pożegnać się ze mną, zrobię ci prezent z pewnej tajemnicy. (...) A oto mój sekret – powiedział lis - Jest bardzo prosty: dobrze widzi się tylko sercem. Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu. Twoja róża ma dla ciebie tak wielkie znaczenie, ponieważ poświęciłeś jej wiele czasu. Ludzie zapomnieli o tej prawdzie - rzekł lis. - Lecz tobie nie wolno zapomnieć. Stajesz się odpowiedzialny na zawsze za to, co oswoiłeś. Jesteś odpowiedzialny za twoją różę.
Dopisano dnia 2009-06-05 o godzinie 23:35:40 by tarquin
skomentuj (0)
Z ostatniej chwili (a dokładniej z autobusu).
Była to co prawda bardziej formalność niż faktyczny egzamin, nie zmienia to jednak faktu, iż od października rozpoczynam doktorat :)
Dopisano dnia 2009-05-25 o godzinie 12:13:57 by tarquin
skomentuj (5)
|